Myślałam, że już doznałam realnej obecności Pana Boga. I tak było…. Jednak potem zaczęłam wracać do takiej „normalności”. I nadszedł czas, kiedy wiedziałam, że jest Pan Bóg, Jezus, Maryja, ale gdzieś nie było tej relacji. Wierząc, nie wierzyłam. Najbardziej trudno mi było z tym, że patrząc na krzyż, na Hostię, nie mogłam wypowiedzieć ani słowa. Próbowałam sztucznych słów mówienie innym i nic. Zaczęłam myśleć: gdzie jest moja wiara, jakie to nieprawdziwe- Msza, modlitwa, o Bogu. Na rekolekcje też jechałam z pytaniem, jak , modliłam się za innych. przeżyć, skoro mam problem z wypowiedzeniem choć jednego słowa Panu. Nie musiałam wiele mówić. Wystarczyło jedno, krótkie słowo. Takie małe, a tak wielkie. Wystarczyło powiedzieć jedno „tak” jedno, jedyne…

Patrzyłam na ludzi, którzy spoczywają w Duchu Świętym i tak bardzo tego pragnęłam, ale byłam przekonana, że ja, mimo, że tak bardzo tego pragnę, to jestem zbyt słaba, zbyt grzeszna, za mało ufna… Kiedy Ojciec poprosił, żeby ci, którzy chcą być błogosławieni, uklękli, pomyślałam : „nie teraz, jeszcze nie” Usiadłam i modliłam się śpiewem. Błagałam Pana, żeby to nie było tak na pokaz, modliłam się za innych i czułam radość, że inni doświadczają tej cudownej Obecności. Gdy tak siedziałam, podszedł Ojciec i zaczął się modlić. Byłam nawet trochę tym zaskoczona, nie wiedziałam, czy mam uklęknąć czy siedzieć dalej, ale kiedy usłyszałam modlitwę, zostawiłam to Panu Bogu i zaczęłam tak po ludzku otwierać serce na chęć doświadczenia Jego miłości.

Pan jest cudowny, bo On wiedział, że na dnie mojego serca jest pragnienie otworzenia się na Niego, a przede wszystkim poczucia tej tak prawdziwej miłości, której nie zaznałam od mamy (choć wiem, że na swój sposób kochała mnie), od ojca (który jest alkoholikiem, nie mamy kontaktu) i od męża, o którym od dawna wiem, że chyba mnie nie kocha. W moim życiu wydarzyło się wiele tych niedobrych rzeczy, bardzo wiele i nie czułam, że zasłużyłam na miłość. Jestem brzydka, dokuczliwa, krytykująca i mam wiele innych złych cech…. I kiedy Ojciec podszedł do mnie, zaczęłam coś czuć, jakieś ciepło. Wtedy uklękłam i tak bardzo pragnęłam Jego miłości..

Pieśń „Nic, nie musisz mówić nic, odpocznij we mnie, czuj się bezpiecznie”.Ja tak bardzo chciałam poczuć się bezpiecznie. I powiedziałam to Panu. A wtedy dotknął mnie spoczynek w Duchu Świętym i ta przeogromna miłość, która wylała się na mnie. I to, że jestem tak wyjątkowa, tak piękna, nieważne z czym i jak i że dla Niego i tak się liczę. I Maryja, która przytulała mnie jak matka, przytulała tak, jak nikt do tej pory tego nie robił. I śpiew ustami Maryi, która mówi, że nic nie muszę mówić, a Ona mnie i tak kocha, z każdą moją niedoskonałością. Miałam największy problem z relacją do Maryi, wiedziałam, że jest, ale jakby Jej nie było. A tu tak blisko otulała mnie, kochała i kocha… I teraz wiem, że nawet wtedy, kiedy myślałam, że Jej nie ma, Ona zawsze była, prowadziła, kochała… Czekała z Jezusem na jedno TAK, jedno, jedyne „tak”.

Otrzymałam inne życie, dookoła jest wszystko takie same, ale moje życie jest inne. I teraz wiem, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. A każda kolejna Msza Święta jest bliskim spotkaniem z Nim, przed którym czuję wielkie bicie serca, bo spotykam się z kimś ukochanym przeze mnie i dla którego ja jestem wielką miłością. I nie trzeba morza słów….

Uczestniczka Rekolekcji w Mikoszewie 2016

Obsluga